Gdzie się podziały kotłownie gazowe? I dlaczego prezes spółdzielni mieszka w bloku? Spółka PWKC może zarabiać na mieszkańcach czy jednak niekoniecznie?

Gdzie się podziały kotłownie gazowe? I dlaczego prezes spółdzielni mieszka w bloku? Spółka PWKC może zarabiać na mieszkańcach czy jednak niekoniecznie?

W 2019 roku spółka miejska PWKC przedstawiła swój plan na niskoemisyjność. Kotłownię węglową miały zastąpić rozproszone kotłownie gazowe, które nie powstały, bo przez kilka lat NFOŚiGW nie przyznawał dotacji na ich budowę. Radni miejscy wciąż dopytują o termin budowy 5 kotłowni oraz o to, dlaczego spółka nie chciała budować ich za swoje pieniądze. Już nawet nie 5, ale chociażby dwie. Wnioskiem z kilkugodzinne dyskusji bez wątpienia jest stwierdzenie, że gdyby radni myśleli biznesowo, to bloki spółdzielni może byłyby ocieplone, a jej prezes mieszkałby w prywatnym domu.

Radni miejscy roztrząsali przez kilka godzin sytuacje finansową spółki miejskiej PWKC, która dostarcza zdecydowanej większości mieszkańców wodę i ciepło oraz odprowadza ścieki bytowe. W ostatnim czasie wszyscy odczuliśmy ogromny wzrost cen surowców grzewczych, rząd wprowadzał różne rozporządzenia i ustawy, które miały spowodować zmniejszenie skutków kosztów ogrzewania. Przedsiębiorstwa ciepłownicze mogą liczyć w przyszłości na zwrot pieniędzy, które muszą wydawać by nieprzerwanie świadczyć usługi dla mieszkańców w cenach gwarantowanych przez ustawę. PWKC płaci więcej za zakup węgla, za energię elektryczną oraz wydobycie wody. Spółka tymi kosztami powinna obciążyć odbiorców, ale wszystko regulowane jest taryfą zatwierdzaną przez Prezesa Urzędu Regulacji Energetyki i nie wolno jej swobodnie kształtować cen.

Radni miejscy długo dyskutowali na temat poręczenia gwarancji kredytu, jaki spółka komunalna zaciągnęła w ubiegłym roku – również z poręczeniem udzielonym przez radnych. Poręczenie służy zabezpieczeniu spłaty kredytu, trochę jak w zwykłym kredycie konsumpcyjnym, gdzie bank wymaga od kredytobiorcy żyranta. Miasto nie daje pieniędzy spółce, jedynie w budżecie na dany rok zabezpiecza kwotę wymaganą przez bank w umowie. Skoro radni już takiego poręczenie udzielili w zeszłym roku i spółka zaciągnęła kredyt (brakującą kwotę do zapłaty wymaganych praw do emisji CO2), to wydawało się, że w nowym kroku problemu nie będzie. Jednak przy okazji omawiania poręczenia, o którym zresztą sporo debatowano również za pierwszym razem, także teraz radni poruszyli mnóstwo tematów pobocznych, choć dotyczących spółki.

Zaraz na wstępie radny Wojciech Maślanek odsyłał wszystkich do ustawy, która mówi, że spółki komunalne powinny zarabiać, gdyż do tego zobowiązuje ich prowadzona działalność.

Znając sytuację tragiczną spółki, trzeba to podkreślić, tragiczną, bo pogarszającą się, oczywiście będą, padną zaraz argumenty za, że spółka nie może zarabiać, bo spółka jest, musi działać non profit, bo tak ma jakieś zapisy. No odsyłam, odsyłam was naprawdę wszystkich, którzy tak twierdzicie do, do, do zadań spółek i do celów w ogóle powołania takiego przedsiębiorstwa jak spółka – mówił radny Maślanek.

No to sprawdzamy. Spółki komunalne to spółki prawa handlowego, założone przez gminę do realizacji zadań publicznych. Celem zasadniczym spółek komunalnych, w Pionkach PWKC i ekoPionki, winno być zaspokajanie zbiorowych potrzeb wspólnoty, a nie maksymalizacja zysku – zwłaszcza, gdy spółka realizuje zadania samorządu o charakterze użyteczności publicznej. Z punktu widzenia mieszkańca dobrą sytuacja byłoby, aby przychody i koszty całkowite działalności spółki komunalnej były zbilansowane do zera. Jednak wypełnianie zadań wobec społeczności lokalnej stoi niejednokrotnie w kolizji z dążeniem do uzyskania jak najwyższych wyników finansowych.

Spółki kapitałowe służą do prowadzenia działalności gospodarczej, a jednym z kryteriów ich oceny powinien być wynik finansowy jaki osiągają, ale nie tylko. Nie ulega wątpliwości, że takie branże jak: wodociągowa, kanalizacyjna, oczyszczenie nieczystości ciekłych, gospodarka odpadami komunalnymi, dystrybucja ciepła czy transport publiczny należą do fundamentalnych dziedzin prawidłowego funkcjonowania każdej wspólnoty samorządowej. Woda, ciepło, ścieki itd. stanowią nieodłączny składnik godnego funkcjonowania społeczeństwa w XXI wieku. Są to usługi z rodzaju pierwszej potrzeby i braku substytutu. Za realizację tych usług jednostka samorządowa (czy to będzie zakład budżetowy, czy spółka komunalna) pobiera opłaty. Opłaty te w każdej gminie są inne, gdyż koszty wytworzenia tych usług kształtują się na różnym poziomie, stąd też właśnie różnice w poziomie cen.

Kodeks spółek handlowych obliguje do osiągania zysku (o tej ustawie zapewne wspominał radny Maślanek), zaś charakter użyteczności publicznej do działania zbliżonego non profit. Bez wątpienia sprzeczność dotyczącą celów działalności wpływa na kształtowanie się sytuacji finansowo-ekonomicznej spółek gminnych. Bo spółki komunalne są rozdarte między obowiązkiem zaspokajania potrzeb społecznych, a maksymalizacją zysków. W konsekwencji takie miejskie przedsiębiorstwo może zarabiać kosztem mieszkańców lub przeciwnie – mimo rzetelnego zaspokajania ich potrzeb być oceniane jako działające nieefektywnie. Jakkolwiek działalność gospodarcza, zgodnie z ustawa Prawo działalności gospodarczej, jest zarobkowa. Ustawa o zbiorowym zaopatrzeniu w wodę i odprowadzaniu ścieków określa, np. niezbędne przychody jako środki przeznaczone zarówno na pokrycie kosztów, jak i wygenerowanie zysku. Jednak rozporządzenie taryfowe (woda, ścieki, ciepło) eliminuje zysk prawie całkowicie. Doszliśmy więc do tego, że choć spółka PWKC powinna zarabiać, to rozporządzenie taryfowe blokuje skutecznie wypracowanie zysków. O to chciał radnego Maślanka zapytać Robert Kowalczyk, bo przecież radny powinien doskonale znać zakres składowych taryf, ale w zamian usłyszał:

Panie burmistrzu, no naprawdę, no w tej chwili to podziwiam pana naprawdę. No pan jako właściciel spółki, jako osoba, która powinna to mieszkańcom, bo ja znam na to odpowiedź oczywiście, ale pan zadaje pytanie radnemu, no naprawdę, no nie będę się nawet do tego ustosunkowywał – stwierdził Wojciech Maślanek, choć prawda jest taka, że właśnie taryfowanie usług spółki wyklucza zarabianie na mieszkańcach, choć radny za każdym razem stwierdza, że spółka musi zarabiać, musi przynosić zyski, nawet wypracowywać dywidendy z którymi ma dzielić się z miastem. Takie były założenia, gdy spółka powstawała, jednak zmiana przepisów, wprowadzenie m.in. obowiązku zatwierdzania taryf spowodowały, że od 2011 roku wiele się zmieniło.

Radny Wojciech Maślanek uważa także, że spółka PWKC wcale nie jest dla mieszkańców strategiczna, choć wszyscy zdają sobie sprawę, że gdyby zabrakło nam wody czy odprowadzania ścieków, to raczej trudno byłoby nam żyć. Substytutu tych usług nie ma, więc są one niezbędne. Ciepło również, bo ponad 70% budynków w mieście ogrzewanych jest właśnie z ciepła systemowego. Zawsze spółkę można sprzedać np. spółce państwowej czy prywatnemu podmiotowi, ale wówczas koszty wliczane w taryfę byłyby znacznie większe niż obecnie, a prywatna firma skupiłaby się na wypracowaniu zysków dla siebie, a nie świadczeniu usług dla mieszkańców w ramach zadań własnych samorządu. Już kilkanaście lat temu Pionki stanęły przed podobnym problemem, gdy syndyk chciał sprzedać Pronit w prywatne ręce.

Syndyk był w upadłym zakładzie Pronit. I właśnie tu się zrobił problem, bo miasto w tym momencie wpadło w pułapkę, ponieważ miasto nasze zostało tak skonstruowane, że nie posiadało (własnej) ciepłowni, ujęcia wody, oczyszczalni ścieków i tu powstał problem – mówił radny Stanisław Pacan. – Syndyk wystawił zakład na sprzedaż i to dzięki temu pewnego dnia, w nocy o północy zebrała się rada i dostaliśmy wiadomość, że jutro zakład będzie sprzedany konkretnym osobom, bo za 15 mln jest wystawiona cena. I my, w nocy o północy, czy my jutro będziemy mogli kupić za 15 mln Pronit, cały, bo jak nie, to będzie to wszystko w prywatnych rękach. I dobrze, że stało się tak, jak się stało i myśmy kupili, bo dzisiaj to może byśmy byli w prywatnych rękach. Jak żeśmy kupili ten zakład, no to węgiel wisiał na głowie burmistrza i były takie czasy, to były trudne czasy, że trzeba było na święta Bożego Narodzenia wagon węgla pożyczyć z Kozienic z elektrowni. I byliśmy wtedy jednym chyba, albo nielicznym miastem w Polsce w którym media wisiały na głowie burmistrza. I trzeba było powołać spółkę. I rzeczywiście ten majątek, którym dysponowała wtedy spółka no nie był może za bogaty i to tak się w ogóle ciągnie, ale na dzień dzisiejszy, to ja też uważam, że podstawowym zadaniem to jest praca na rzecz tego miasta: ogrzewanie, oczyszczanie ścieków, woda i to musi istnieć, bo inaczej to jak to? Nie będzie mogło miasto funkcjonować. I my tych 500 tys. nie dajemy nikomu na żadne konto, tylko zawieszamy w swoim budżecie, to poręczenie 500 tys. zł. Spłacą, wrócą te pieniądze w budżecie, ale życie w mieście musi się toczyć.

Bez kolejnego poręczenia zapisanego w budżecie miasta, bank może wypowiedzieć umowę i zażądać natychmiastowej spłaty kredytu. Wówczas PWKC mogłoby utracić swoją płynność finansową i stanąć przed widmem bankructwa. I nie miasto przejęłoby majątek spółki, choć tak twierdzą niektórzy radni, ale trzeba byłoby ogłosić upadłość i wszedłby syndyk, podobnie jak przy upadku Pronitu. Skupiłby się na spłaceniu wierzycieli, czyli banku, a niekoniecznie martwiłby się o dobro mieszkańców.

Kotłownie gazowe rozwiązałyby wszystko

Podczas dyskusji radni nie brali zupełnie pod uwagę faktu, że w ostatnim czasie nastąpiły ogromne wzrosty ceny np. za zakup węgla – z 470 zł/t na 1.710 zł/t. Do tego dochodzi wzrost opłat za energię z 100 tys. zł/m-n do kwoty 1 mln zł/m-c. Skupili się głównie na tym, że ciepło kosztowałoby nas mniej, gdyby powstały kotłownie gazowe.

Radny Grzegorz Wąsik mówił o tym, że choć ogrzewanie z gazu jest tańsze niż z węgla, to jednak ceny gazu spowodowały, że państwo musiało interweniować i gwarantować wysokość cen ciepła z tego surowca. Niemalże wszystkie ciepłownie w kraju weszły już w regulacje ustawowe, bo ceny wytworzenia ciepła wszędzie są bardzo wysokie. Nawet w tych miastach, które nie tak dawno temu radni z Pionek podawali jako przykład takiego ciepłownictwa. Radom czy Kozienice nie dość, że osiągnęły wyższy pułap cenowy produkowanego ciepła, to dodatkowo wspierają się wielomilionowymi kredytami na zakup surowców i praw do emisji CO2, także korzystając z poręczeń samorządów. Nie tylko Pionki mierzą się z takim problemem, choć już za emisję płacić nie musimy. W ubiegłym roku kosztowały nas ok. 11 mln zł i stąd pomoc w formie kredytu na kwotę 4 mln zł. Lepiej więc było, zdaniem niektórych radnych, wybudować kotłownie gazowe niż za emisje płacić.

Szacunkowy koszt budowy takiej jednej gazowni miał wynosić ok. 3 mln zł i wtedy już spółka wiedziała, że koszty za emisję będą rocznie 2 mln zł i każdy to wiedział, że emisje tylko mogą pójść w górę, a na pewno nie stanieją. Mogliśmy zainwestować zamiast w emisje, zainwestować w swoje dwie kotłownie – przekonywał radny Paweł Kobylas.

Móc mogliśmy, bo zanim rozpoczęły się podwyżki, spółka PWKC chciała przejść z ogrzewania węglowego na gazowe i złożyła wniosek do NFOŚiGW o dofinansowanie budowy 5 kotłowni rozproszonych. Fundusz długo, prawie 4 lata wniosek rozpatrywał, a w tym czasie ceny węgla i praw do emisji CO2 rozszalały się na dobre.

Tutaj właśnie teoretyzujemy dlatego, że jeżeli przyjęlibyśmy narrację kolegi (radnego Kobylasa), to stałoby się tak, że rzeczywiście postawilibyśmy jedną czy dwie kotłownie, ale kto przewidział, że my na to dofinansowanie będziemy czekali tyle lat? Nikt tego nie wiedział – mówił radny Wąsik. – Dlatego, że mogło się zdarzyć tak, że my to dofinansowanie dostalibyśmy za 2 miesiące po złożeniu wniosku czy za pół roku i wtedy wybudowanie tych dwóch kotłowni byłoby bezzasadne i większość mieszkańców zarzucałaby, że zostało to zrobione z własnych środków, a nie poczekaliśmy na dotację.

Znowu się z tobą nie zgodzę, bo ciekawy jestem czy w swoim domu jakbyś chciał coś zrobić i wiedziałbyś, że dołożył do tego 20% w ciągu roku, a możesz prawdopodobnie zaoszczędzić w skali trzech lat, czekałbyś czy ci ktoś dofinansuje, albo ci nie dofinansuje twojej inwestycji? Bo ja w swoim domu bym na to nie czekał, tylko zrobiłbym to z własnych środków wiedząc, że w dłuższej perspektywie czasu zarobię – odpowiedział radny Kobylas.

Grzegorz Wąsik odparł, że czekałby na dofinansowanie, bo dziś wszystkie alternatywne rozwiązania w stosunku do ogrzewania z węgla są dofinansowywane i szkoda wydawać własne pieniądze wiedząc, że można je otrzymać. Spółka PWKC budując nawet jedną kotłownię gazową z własnych pieniędzy, nie otrzymałaby już dofinansowania z NFOŚ, bo wniosek został złożony na budowę pięciu i nie można go zmienić, a dodatkowo nikt by już nie zwrócił pieniędzy za wybudowaną kotłownię, bo dofinansowanie można otrzymać na coś, co ma być wybudowane, a nie na to, co już istnieje.

I dlatego twoje bloki są niedocieplone, są straty ciepła, dlatego mieszkasz w bloku, nie we własnym domu, bo jesteś po prostu… – ocenił radnego Wąsika Paweł Kobylas, a radny Wąsik wyjaśnił, że już wkrótce w spółdzielni, którą zarządza, ruszą prace termomodernizacyjne do których przygotowania trwały dość długo, ale przynajmniej mieszkańcy nie zostaną obciążeni żadnym kredytem. Spółdzielnia wkład własny w dofinansowaniu do termomodernizacji pokryje z środków własnych.

Do takich przedsięwzięć trzeba się gruntowanie przygotować, jeżeli chodzi o finanse spółdzielni, tak samo jak o finanse we własnym, prywatnym domu. Trzeba mierzyć siły na zamiary. Jeżeli się do czegoś podchodzi, to trzeba to skończyć i trzeba mieć z czego to skończyć – kontynuował Grzegorz Wąsik. – Trzeba mieć na wkład własny i my, jako spółdzielnia oczywiście takie środki mamy, własne, bez kredytu. Musi być współfinansowanie i pomoc państwa i taka ustawa również jest, została skierowana z rządu do sejmu do uchwalenia i zakłada dofinansowanie od 41 do 50% inwestycji. I w tym momencie, jeżeli ja wiem, że zarząd spółdzielni czy zarząd wspólnoty podjąłby decyzję o robieniu tego z własnych środków bez dofinansowania żadnego, wiedząc, że jest taka ustawa skierowana do uchwalenia, to po prostu taki zarząd byłby do wyrzucenia. Dlatego, że po pół roku mieszkańcy zarzuciliby, że dlaczego wzięliśmy kredyt, skoro mogliśmy dostać 50% dofinansowania? Proste pytanie.

Skoro PWKC ma dostać dofinansowanie do budowy wszystkich 5 kotłowni, to czy jest sens zaciągania kilkumilionowych kredytów na budowę jednej czy dwóch kotłowni by wyjść z emisji? I tak już z nich wyszliśmy poprzez zmniejszenie zapotrzebowania na ciepło z węgla, bo PWKC nie ogrzewa już Mesko i wkrótce także budynki ZOZ nie będą korzystały z ciepła miejskiego, za które i tak ZOZ ma zaległości. Proces budowy 5 kotłowni rozpoczął się w 2019 roku i wszystko już jest gotowe, tylko NFOŚ zwlekał z podpisaniem umowy na dofinansowanie inwestycji, choć proces ten miał trwać krótko.

Właśnie pokazałeś nam swój punkt myślenia – stwierdził Paweł Kobylas. – Jesteś teraz mądry, bo wiesz, że państwo zrobiło taki projekt, został poddany pod głosowanie i teraz udajesz mądrego. Tak samo byśmy udawali, jakby nam przyznali po roku czasu dofinansowanie na te kotłownie w 90%, tak jak mówiłeś, oczywiście ja bym był z tego bardzo zadowolony, tylko z punktu czystego biznesu nie wiem co będzie za rok, dwa, 3, 5 czy 10 lat. Wiedzieliśmy tylko w momencie, kiedy rozmawialiśmy o kotłowniach, że kotłownia ma kosztować 3 mln, a emisje za rok mają kosztować 2 mln i mają rosnąć. To był fakt – i tu radny Kobylas ma rację, bo wszyscy wiedzieli, że emisje CO2 będą kosztowały drożej, ale nikt nie przewidział, że z 2 mln zł wzrosną do 11 mln zł. – A co my mamy się zastanawiać, bo ty mówisz, że teraz, bo państwo dofinansuje, tylko czekamy i wtedy zrobimy. To każdy jest taki mądry. Jakbym wygrał w totka szóstkę, to też bym wiele rzeczy zrobił, no ale niestety nie wiem, czy wygram.

Radny Wąsik przypomniał, że założenia budowy 5 kotłowni gazowych od samego początku były takie, że PWKC zrobi projekt i złoży wniosek o dofinansowanie ich budowy i nigdy nikt nie mówił, że zostaną one wybudowane za środki własne spółki czy z kredytu. Podobnie jak było z budową oczyszczalni. Radny Kobylas przypomniał jednak, że prezes PWKC mówił, że gdyby spółka nie musiała płacić tyle za emisje, to mogłaby wybudować za te pieniądze kotłownie. Tyle, że było to już stwierdzenie po fakcie, kiedy prawa do emisji kosztowały na giełdzie nie 2 mln czy 4 mln zł, ale w ciągu roku wzrosły do 11 mln zł, a tego wzrostu nie przewidzieli nawet rządowi analitycy, o czym też w ubiegłym roku była mowa. Gdyby dało cofnąć się czas, to spółka zaciągnęłaby kredyt i budowała kotłownie bez składania wniosku do NFOŚ. Tylko czy wówczas radni miejscy nie mieliby problemu z udzieleniem gwarancji kredytu na budowę kotłowni, skoro można złożyć wniosek i otrzymać dofinansowanie do tak kosztownej inwestycji? I po co zadłużać spółkę, kiedy można pozyskać środki zewnętrzne? Dziś twierdzą, że lepiej było nie czekać i nie płacić za emisję CO2, ale kiedy rozpoczęto rozmowy o budowie, owe emisje nie kosztowały aż tyle i być może wówczas mówiono by, że po co brać kredyt na 15 mln zł, skoro emisje kosztują siedmiokrotnie mniej?

I jeśli nasza miejska spółka wcale nie jest taka strategiczna, zdaniem radnego Wojciecha Maślanka, to po przecież zawsze można ją sprzedać zewnętrznemu operatorowi, który przeprowadzi wszystkie niezbędne inwestycje w ciepłownictwie i w wodociągach na swój koszt tyle, że później wszystko wliczy mieszkańcom w opłaty. Także koszty pensji pracowników i zarządu.

Przeczytaj również