Kolejna dyskusja o pożarze. Szałabaj: Po co my tak gadamy o niczym?

Kolejna dyskusja o pożarze. Szałabaj: Po co my tak gadamy o niczym?

22 stycznia odbyło się posiedzenie komisji infrastruktury i gospodarki, która odwiedziła teren pogorzeliska. Radni blisko godzinę dyskutowali na temat składowania odpadów, zabezpieczenia terenu czy w ogóle zabezpieczenia przed wybuchem kolejnego pożaru. Pojawił się również pomysł ogrodzenia cudzej własności, blokady dowozu czy kontroli zawartości składowanych pojemników.

Temat odpadów na terenach byłych zakładów Pronit powraca co jakiś czas. Tym razem dyskusja opierała się głównie na ostatnich wydarzeniach, ale już wcześniej radni tej i poprzedniej kadencji wielokrotnie wizytowali składowiska na Pronicie. Na ich pytania odpowiadał pracownik wydziału ochrony środowiska, pokazywał dokumenty, wyjaśniał, że miasto nie może ingerować w cudzą własność, ale przynajmniej bez przerwy urzędnicy wysyłają pisma do WIOŚ, starosty, marszałka czy straży pożarnej aby wreszcie ktoś zareagował na to, co dzieje się tuż obok osiedli mieszkalnych. Póki co, ci co wydali pozwolenia nie reagują w stopniu, który zadowoliłby mieszkańców. Odpady jak leżały, tak leżą, śmierdzą i szkodzą. Teren prywatny, miasto nie może nic zrobić. Nie jest nawet stroną w sprawie, a więc żądać nie może, pozostały jedynie prośby. Proceder zaśmiecania był i nadal jest powszechny w całym kraju, bo na takie działania pozwalało liberalne prawo. Polska stała się śmietnikiem Europy.

W dniu dzisiejszym członkowie komisji i radni właściwie byli na terenie pogorzeliska upadłej firmy Bomax – mówiła przewodnicząca komisji Wioletta Grzywacz. – Na tym terenie zastaliśmy hałdy nadpalonych śmieci, rozrzuconych tworzyw sztucznych oraz spalony budynek. Chcieliśmy zapytać, nie wiem czy pana, panie burmistrzu, proszę odpowiedzieć, kto odpowiada za ten teren w tej chwili?

Odpowiedzi udzielił Piotr Pasek (Wydział Porządku, Obrony Cywilnej i Zarządzania Kryzysowego), który mówił, że właścicielem terenu jest prywatny przedsiębiorca, zrezygnował z prowadzonej działalności, ogłosił upadłość, a w jego imieniu działa syndyk masy upadłościowej. Dokładnie o tym samym informował radnych burmistrz 2 dni wcześniej na posiedzeniu komisji zdrowia i ochrony środowiska, kiedy przedstawiał przebieg akcji na terenie Pronitu.

I nie wiem, może przedstawimy całą sytuację panie burmistrzu od początku, bo nie wszyscy radni byli na poprzedniej komisji, także byśmy prosili o przedstawienie całej sytuacji odnośnie tego pożaru zaistniałego na terenie Bomaxu – prosiła radna.

Piotr Pasek omówił przebieg ze szczegółami, od momentu, kiedy w sobotę o godz. 3:30 został poinformowany, że na terenie składowiska wybuchł pożar. Mówił o akcji straży pożarnej, o magazynach Mesko, o ewentualnej ewakuacji mieszkańców właśnie ze względu na niebezpieczeństwo bliskości materiałów wybuchowych od miejsca zdarzenia. Była też mowa o monitorowaniu jakości powietrza przez laboratoria mobilne i braku zagrożenia dla ujęć wody.

W niedzielę o godz. 14:40 odebrałem już pogorzelisko całkowicie ugaszone.

Radna Wioletta Grzywacz pytała jak ten teren zostanie zabezpieczony i czy miasto będzie go zabezpieczało, czy może syndyk, i czy porozrzucane tworzywa sztuczne nadal znajdują się wyłącznie na terenie firmy.

Myślę, że jak nie dotrzemy do syndyka, to będziemy musieli to jakoś zabezpieczyć – odpowiedział Piotr Pasek. – Nigdzie na bok, na inne działki nie wolno było tego przerzucać. Było pytanie czy od razu tego nie wywozić, ale też nie wolno.

Co możemy zrobić jako miasto żeby zabezpieczyć się na przyszłość przed takimi katastrofami? – pytała radna Grzywacz, a Piotr Pasek odpowiedział, że właściwie nie da się uniknąć takich zdarzeń, bo zawsze znajdzie się ktoś kto podpali i najlepszym rozwiązaniem jest unikanie tego typu działalności na naszym terenie, ale przecież uchwałę w tej sprawie przyjęła poprzednia rada miasta.

To co znajduje się w tej chwili na Pronicie, to są zaległości z poprzednich lat – dodał Robert Kowalczyk.

Ja mam pytanie odnośnie tych nieznacznie przekroczonych norm tego opadu pyłów? – pytał Wojciech Maślanek. – I w jakiej wielkości były te przekroczenia?

Piotr Pasek omawiając przebieg akcji mówił, że monitorowano stan powietrza w mieście i okolicy. W pewnym momencie w okolicach sklepu Lidl były nieznaczne przekroczenia norm, ale niezagrażające ludności. O wiele większe zanieczyszczenie jest właściwie każdego dnia w naszym mieście, szczególnie w sezonie grzewczym. W dniu wybuchu pożaru był wysoki pułap chmur i cały dym unosił się nad miastem, a pyły spadały głównie na tereny zalesione.

My nie otrzymaliśmy tej informacji (o wysokości przekroczeń). Te informacje ma WIOŚ, ale z ich badania o godz. 15-tej nie było żadnych przekroczeń – mówił Piotr Pasek. – Koło południa było nieznaczne, chwilowe przekroczenie w okolicach Lidla. Jak oni to określili, wystąpiło w chwili jak pojawiła się smuga dymu, bo to nie było przez cały czas.

W momencie, kiedy na Pronicie gaszono składowisko, czujniki Airly rozlokowane na terenie miasta Pionki, pokazywały największe zanieczyszczenie powietrza w okolicy ul. Chemicznej.

W uzupełnieniu wypowiedzi pana Piotra Paska. W momencie, kiedy oczekiwaliśmy na ten samochód z Płocka o godz. 16-tej, to pan z delegatury WIOŚ z Radomia powiedział, że będą badania zrobione, a protokół otrzymamy – dodał radny Włodzimierz Szałabaj, który był w sztabie kryzysowym podczas zdarzenia.

Radny Tomasz Łyżwa zapytał więc czy zlokalizowany został już syndyk firmy Bomax.

No bo z tego co rozumiem, syndyk teraz zarządza tą masą upadłościową, bo ta firma jest w stanie upadłości. Czy jest kontakt z tym syndykiem? – pytał radny. – Czy został zawiadomiony o całej sytuacji?

Syndyk masy upadłościowej został zawiadomiony zaraz w poniedziałek – odpowiedział Grzegorz Abramowicz, kierownik wydziału ochrony środowiska. – Wysłaliśmy do niego faksem informację z uwagi na to, że dzwoniąc do kancelarii, dowiedzieliśmy się, że syndyka nie ma i że skontaktuje się z nami. Nie kontaktował się, więc wysłaliśmy informację, że ma w obowiązku zabezpieczyć teren itd., bo on jest jakby zarządcą w imieniu tego upadłego. Także to wszystko jest zrobione.

A to może tak jeszcze dalej idące pytanie – kontynuował radny Łyżwa. – Czy według prawa w tej chwili syndyk ma obowiązek zabezpieczyć ten teren? Bo to jest teren prywatny, znaczy firmy, tak?

Tak, to jest teren firmy, prywatny – odpowiedział Grzegorz Abramowicz. – Syndyk zarządza tym terenem w imieniu właściciela.

Rozumiem, ale według prawa on powinien to zabezpieczyć żeby tam nie dochodziło do takich sytuacji i innych? – dopytywał radny Łyżwa.

Tak. Jest prawo upadłości, które w piśmie zacytowaliśmy, syndyk niezwłocznie obejmuje mienie upadłego, zarządza nim, zabezpiecza go przed zniszczeniem, uszkodzeniem lub zabraniem go przez osoby postronne – odpowiedział kierownik i odczytał fragment pisma do syndyka. – W związku z powyższym zwracamy się do pana, jako podmiotu odpowiedzialnego za zarządzanie i zabezpieczenie tego terenu, który wchodzi w skład masy upadłościowej o podjęcie natychmiastowych działań polegających przede wszystkim na zabezpieczeniu pogorzeliska, zabezpieczeniu pozostałych tam nadpalonych odpadów oraz zabezpieczeniu terenu przed dostępem osób postronnych oraz przed możliwością zaprószenia ognia. I w załączeniu mu przesłaliśmy protokół przekazanie terenu, bo musieliśmy przejąć go od straży pożarnej.

Tomasz Łyżwa pytał jeszcze o majątek firmy Bomax, a więc to, co po mniej pozostało. Całym majątkiem w zarządzaniu syndyka jest spalony budynek i hałdy nadpalonych odpadów tworzyw sztucznych. Pytał też o firmę Olmer.

Czy my jako miasto mamy jakieś realne i prawne środki żeby np. do tej firmy Olmer, bo mam nadzieję, że do firmy, która upadła, jest w stanie upadłości żadne śmieci nie będą dowożone, ale czy do firmy Olmer jakby zablokować dowóz? Bo rozumiem, że przeróbki tych odpadów nie ma albo jest szczątkowa, a dowożone są następne partie. Być może za niedługo przestanie ta firma działać, ale do tego czasu może się tam zgromadzić pewna ilość niebezpiecznych substancji. Czy my mamy w ogóle jakiś realny wpływ na to żeby przyblokować już jakiś dowóz, to składowanie?

Grzegorz Abramowicz wyjaśnił, że teren tej firmy również jest terenem prywatnym i miasto nie ma bezpośrednio żadnej możliwości zablokowania ani prowadzonej działalności, ani dowozu na prywatną działkę. W sprawie firmy od lat wysyłane są pisma, informowany jest marszałek, który wydał pozwolenie na taką działalność, WIOŚ nakłada kary, ale jedyną szansą jest brak aktualizacji pozwolenia na wykonywanie utylizacji. Takie pozwolenie kończy się w marcu bieżącego roku i być może tym razem urząd marszałkowski nie będzie go przedłużał. Urzędnicy miejscy co jakiś czas monitorują to, co dzieje się na terenie tej działki, ale nie mogą wchodzić na prywatny teren, ani dokonywać jakichkolwiek pomiarów czy inwentaryzacji składowiska.

Czy mamy jako miasto wiedzę, nie wiem czy też mamy takie kompetencje żeby dowiedzieć się co jest w tej cysternie? – pytała radna Grzywacz. – Tam cysterna stoi na tym terenie firmy Olmer. Czy sprawdzane to było w jakiś sposób? – ale odpowiedź brzmiała, że miasto nie ma takiej możliwości kontrolowania prywatnej własności przedsiębiorcy.

Radna zapytała czy mieszkańcy miasta mogą czuć się już bezpiecznie w związku z ewentualnym skażeniem powietrza i ujęć wody po pożarze składowiska. Ujęcia wody są w całkowicie innym miejscu niż wybuchł pożar, a informacje o braku zagrożenia zostały podane we wszystkich możliwych mediach lokalnych, a nawet ogólnokrajowych.

W dalszej części komisji rozpoczęła się dyskusja na temat ilości wody, która została użyta do gaszenia pożaru. Z miejskiego wodociągu pobrano ok. 2500 m³ i radny Stanisław Pacan pytał czy za zużytą wodę zapłacą mieszkańcy. W związku ze zmianą prawa w tym zakresie, wodę pobraną do akcji gaśniczej należy wycenić (do tej pory w takich sytuacjach była darmowa). PWKC na podstawie odczytów wystawi rachunek, który burmistrz przekaże do Państwowej Straży Pożarnej, a w konsekwencji za wodę wykorzystaną do akcji gaśniczej zapłacą wszyscy podatnicy.

Pan kierownik powiedział, że miasto zwróci się do syndyka o zabezpieczenie tego czy o uprzątnięcie i zabezpieczenie terenu – do tematu składowiska powrócił Wojciech Maślanek. – Nie wykonuje tego syndyk, no bo możemy pukać, a jego na przykład nie ma i nie odbierze tej korespondencji. Ja chciałbym zapytać czy my, jako samorząd, jako miasto, ta działka jest na terenie naszym, prawda? Będziemy to starali się ogrodzić, zabezpieczyć, bo przed nami upały, lato, no i jeżeli dojdzie znowu do takiej sytuacji?

My w zasadzie nie możemy grodzić czegoś co nie jest naszą własnością – przypomniał Grzegorz Abramowicz, bo na ten temat mówiono już wcześniej. – Pan syndyk ma w obowiązku żeby to zabezpieczyć. Co on zrobi? Zobaczymy jakie będą jego działania – i dopowiedział, że od zeszłego roku miasto apeluje do syndyka o zabezpieczenie właśnie tej działki przed wstępem osób postronnych oraz ewentualnym pożarem. Syndyk jednak nie dysponuje żadnym majątkiem z którego mógłby pokryć takie zabezpieczenia, więc zwrócił się do komisarza sądowego o sfinansowanie takiego działania z budżetu państwa. Niestety do tej pory żadne pieniądze nie zostały przekazane. – Na dzień dzisiejszy to nie my jesteśmy w kłopocie, tylko syndyk. Takie jest prawo. Jeśli sąd umorzy upadłość, to wtedy działka przejdzie na naszą własność i burmistrz będzie musiał zabiegać o środki na zabezpieczenie tego terenu.

To może ja dopowiem. Tutaj, jeżeli chodzi o syndyka, to będziemy mieli problem dlatego, że jest firma w upadłości i teraz syndyk, jeżeli miałby środki np. na zabezpieczenie tego, to by je musiał przeznaczyć – mówił radny Grzegorz Wąsik. – Natomiast w tym momencie jeżeli sąd ma dać te środki, to jest wątpliwą sprawą, bo w takich sytuacjach często się zdarza tak, że umarzają po prostu upadłość. Także może się tutaj, tak jak kierownik powiedział, może się w niekorzystnym jeszcze dla miasta stronę obrócić. No nie jest to ciekawa sytuacja.

Jeszcze jedno pytanie mi się nasuwa jak słucham – wtrącił Tomasz Łyżwa. – To z firmą, która upadła już nie mamy bardzo, że tak powiem, wpływu, bo to syndyk, nie wiadomo jak to wszystko pójdzie, ale Olmer. Chodzi mi o ten Olmer. Któryś z panów powiedział, że pozwolenie na prowadzenie działalności czy tam utylizację tych śmieci kończy się chyba w marcu tego roku. Czy mamy jakiś wpływ, bo to marszałek wydaje, urząd marszałkowski przedłuża to pozwolenie, jakiś wpływ, no nie wiem, jakieś środki przedsięwziąć albo żeby marszałek nie przedłużał tego pozwolenia, a jeśli by przedłużał, to jest tylko taka moja myśl na gorąco, żeby po prostu pod pewnymi warunkami jakby te śmieci i te płyny, te nieczystości, które są tam zgromadzone żeby one były w jakiś sposób może zutylizowane, bo możemy znowu się obudzić w takiej rzeczywistości, że tych odpadów dojdzie jeszcze więcej i tych substancji bym powiedział niebezpiecznych i później ta firma ogłosi upadłość, bo mnie się tak wydaje, że do tego to zmierza. I też nam zostanie jak po Bomaxie. Czy mamy jakiś wpływ realny interwencji u marszałka żeby, jeżeli przedłuży to pozwolenie, to pod pewnymi warunkami albo żeby go nie przedłużał?

My już ten temat omawialiśmy na samym początku – odpowiedział Grzegorz Abramowicz, bo faktycznie radni ciągle dopytywali o to samo w trakcie tego posiedzenia, jak i 2 dni wcześniej. – Na dzień dzisiejszy monitujemy to z myślą, że zmobilizujemy tego właściciela do jakiejś reakcji. Mamy cały segregator pism w tej sprawie do przeróżnych instytucji. Ja się dziwie, że instytucje w naszym państwie powołane właśnie do tego żeby kontrolować przebieg takiej produkcji czy ona stanowi jakieś zagrożenie czy nie, że oni tego nie sprawdzają dokładnie.

I odbyła się wielowątkowa dyskusja na temat wydawania pozwoleń wyłącznie poprzez wgląd w dokumenty firmy, a nie realnego sprawdzenia jak np. wygląda linia produkcyjna i przeprowadzania kontroli w trakcie działalności takiej firmy. Decyzje o pozwoleniu wydawane są zza biurka i nikt nie fatyguje się żeby zobaczyć jak naprawdę wygląda ta utylizacja.

Te pozwolenia, której do tej pory dostawali wszyscy, to jest taka wielka fikcja – mówił radny Stanisław Pacan. – Przecież jakbyśmy teraz chcieli wejść na ten zakład, gdzie to się tam spaliło, niech pokażą jaka to była ta linia produkcyjna, która miała pracować na tą utylizację. Te urządzenia tak wyglądały, jak i ten teren tam wygląda. To jest wielkie jedno dziadostwo. I ludzie na wątpliwych przekonaniach tych urzędników otrzymywali papiery do robienia czegoś, co w ogóle to się nie nadawało, bo jakby przyjechał tu i pokazał jakie tu macie maszyny i urządzenia, że wy to będziecie produkować, to by bez tego w ogóle nie dostał pozwolenia.

Radny Włodzimierz Szałabaj wtrącił, że ani radni, ani miasto nie są stroną w sprawie i nikt niczego nie musi im pokazywać, ani tym bardziej udowadniać. Nie mają też żadnego wpływu na urząd marszałkowski czy starostwo powiatowe, mogą jedynie słać pisma z prośbami.

To idźmy na Olmer – zaproponował Stanisław Pacan. – Teraz niech przyjadą z WIOŚ i niech pokażą, ponieważ zakład jeszcze jest czynny, to niech pokażą całą linię technologiczną, produkcyjną, że te śmieci, które tam leżą, to oni to zutylizują. Jakim sposobem?

Komu mają to pokazać? – dopytywał radny Szałabaj, a radny Pacan odpowiedział, że tym, którzy im dali pozwolenie. – Panie Stasiu, zanim przyjadą, to jest obowiązek powiadamiania osoby, która będzie kontrolowana na 7 dni przed. O czym my tu mówimy?

Mnie się wydaje, że problemem nie jest to, co tam jest produkowane, ale na całej technologii i udzielaniu pozwoleń na produkcję – wtrącił radny Piotr Nowak. – Załóżmy taką sytuację, że w pozwoleniu występuję ja, jako Nowak i chcę założyć taki zakład. I daję, że będę przetwarzał 100 ton miesięcznie odpadów, ale się zabezpieczam nie na 100 ton, to piszę we wniosku o wydanie pozwolenia, że będę gromadził surowca 30 tys. ton i w tym leży problem. Analizowałem te dokumenty. To nie jest problem w tym, że oni te 100 ton przerobili w ciągu miesiąca czy w ciągu miesiąca następne 100 ton doszło. Natomiast oni dostając pozwolenie zabezpieczają się w ten sposób, że mogą gromadzić materiał do przeróbki w ilości np. 3, 10 tysięcy ton, bo mają takie uwarunkowania. Przede wszystkim pozwolenia są wydawane zza biurka. Linia nigdy nie jest sprawdzana, chociaż może być sprawdzana, ale robią to w ten sposób, że przyjeżdża komisja, mają pozwolenie na 100 ton, ta linia produkcyjna te 100 ton wytrzyma, natomiast po cichu przerabiają nie 100 ton, tylko przerabiają 200 czy 300. Stąd są potem większe normy zanieczyszczeń, stąd jest większa ilość składowanych odpadów. A kontrole, to jak ktoś powiedział, musi być powiadomienie i to chyba na 7 dni, jeżeli dobrze pamiętam. Jeżeli wiedzą, że będzie kontrola, to wyłączają część produkcji i normy się spełniają we wszystkim. Przyjeżdża kontrol, mierzy zanieczyszczenia, mieszczą się w normach. Nie można z zaskoczenia działać, bo tak mówi polskie prawo i tu jest problem. A wracając do tego co się tam stało, to uważam, że większym problemem w tej chwili jest Olmer. Tylko myślę, że można dojść gdzie ta firma ma swoją siedzibę, bo jest gdzieś jakiś rejestr firm, chyba, że podali, że tutaj jest siedziba firmy. No jest KRS, są właściciele.

Pracownicy urzędu odpowiedzieli, że firma zmieniała w międzyczasie nazwę, nie ma problemu z pozyskaniem adresu czy nazwy, ale nikt po prostu nie odbiera wysyłanej korespondencji. I nawet kiedy WIOŚ przyjechał na zapowiedzianą kontrolę, to nie mógł wejść na teren, bo nie było właściciela.

Stanisław Pacan powrócił do tematu Bomaxu i stwierdził, że na terenie pogorzeliska nie ma żadnych tworzyw sztucznych, tylko są zwyczajne śmieci, a Wojciech Maślanek dodał, że na 100% znajduje się tam azbest.

Skoro macie państwo wiedzę, że na tym terenie znajduje się azbest, to proponuję napisać pismo do WIOŚ żeby to sprawdzili – zasugerował radny Szałabaj, który po wysłuchaniu kolejnej bezproduktywnej debaty na temat odpadów na terenach Pronitu doszedł do wniosku, że od samego roztrząsania problemu nie będzie żadnych wyników.

Przysłuchując się całej dyskusji, która była powieleniem posiedzenia z poniedziałku, trudno nie odnieść wrażenia, że radni skupiają się wyłącznie na rozmowie, zadawaniu dokładnie tych samych pytań, powtarzaniu wypowiedzi przedmówców i zastanawianiu się, a co by było gdyby.

Kolejnym tematem była działająca firma Fit Recykling, która zajmuje się, zgodnie z klasyfikacją działalności, przeprowadzaniem badań nad utylizacją różnych odpadów. Radni zastanawiali się jak miasto może skontrolować prywatną działkę oraz obszar działalności firmy. Obawy budzi wysokie ogrodzenie, które postawił właściciel działki i przez które nie można zajrzeć na teren firmy.

Ja mam taką prośbę do pana kierownika – mówił radny Łyżwa. – Żeby ta firma Olmer i Fit Recykling też były kontrolowane.

Ale na podstawie czego? Akt prawny proszę podać. Po co my tak gadamy o niczym? – pytał radny Szałabaj, bo przecież ciągle urzędnicy powtarzali radnym, że nie mają prawa wejść na prywatną działkę i sprawdzać co właściciel trzyma w kontenerach czy pojemnikach.

Może spróbujmy interweniować gdzieś wyżej, nie wiem – mówił dalej Tomasz Łyżwa, a Grzegorz Abramowicz dopowiedział, że dopóki nie zmienią się przepisy, to miasto właściwie nic nie może. – Napiszmy jakieś pismo jako miasto do organu wyżej – dodał radny Łyżwa.

Cały czas piszemy, od lat – odpowiedział Grzegorz Abramowicz. – Nie widzę problemu żeby radni zapoznali się z tymi pismami, bo tu nikt się z nimi nie ukrywa. My tu wszyscy dobrze wiemy, burmistrz to monituje, cały czas śle pisma, ale mamy takie prawo, a nie inne.

W wydziale ochrony środowiska od lat zbierana jest dokumentacja i korespondencja dotycząca firm utylizujących odpady, które działały i działają nadal na naszym terenie. Radni mogą w każdej chwili poprosić o ich udostępnienie czy wgląd w dokumenty, wystarczy, że o to poproszą i być może wtedy dyskusje byłyby bardziej merytoryczne i prowadzące do jakichś wniosków czy działań.

Przeczytaj również

Komentarze