Maślanek do Kowalczyka: burmistrzu, do pracy

Maślanek do Kowalczyka: burmistrzu, do pracy

W świetle ostatnich doniesień medialnych pojawia się wątpliwość czy na linii burmistrz-radni nie toczy się zbyt ostra walka. Polityczna na pewno, ale czy warto zatracać się w uporze, by udowadniać która strona ma rację?

Bycie lokalnym politykiem, szczególnie w tak małym mieście jak Pionki, nie należy do najłatwiejszych zadań. Mieszkańcy wnikliwie obserwują scenę polityczną, mają nieograniczony dostęp do informacji, a od tej kadencji mogą również na żywo śledzić sesje Rady Miasta. Lokalne media zostały podzielone przez niektórych mieszkańców na te, które trzymają z burmistrzem lub te „trzymające” z przewodniczącym Rady Miasta. Czy jest to słuszna ocena – czas pokaże, jedno jest pewne – burmistrz już na samym początku po objęciu władzy wykluczył Ripostę Pionki jako gazetę z którą utrzymuje jakiekolwiek kontakty. Jedyną formą przekazu są posiedzenie komisji oraz sesje. Konferencje prasowe odbywają się bez naszego udziału, a wszelkie informacje płynące z urzędu zarezerwowane są dla innych.

W związku z tym, że Robert Kowalczyk udzielił w ostatnim czasie dwóch wywiadów medialnych na temat sytuacji w Pionkach, o komentarz poprosiliśmy przewodniczącego Rady Miasta Wojciecha Maślanka.

Z ust burmistrza padły ostre słowa pod adresem części radnych oraz podejmowanych przez nich decyzji. Mówił o tym, że „trudno zrozumieć dlaczego radni głosują tak, a nie inaczej”.

Rada Miasta to władza uchwałodawcza. To radni, zgodnie z wiedzą i własnym sumieniem, podejmują decyzje poprzez głosowanie. Taka jest nasza rola i wydaje mi się, że każdy z radnych w ten sposób podchodzi do wszystkich kwestii dotyczących spraw miejskich. Zostaliśmy wybrani przez mieszkańców tego miasta aby ich reprezentować i staramy się to właśnie czynić. Niektóre nasze decyzje nie podobają się burmistrzowi, ale my musimy patrzeć na wiele spraw z perspektywy mieszkańca i zasobności jego portfela.

Wydaje mi się, że słowa burmistrza odnoszą się do sytuacji z ostatniej sesji Rady Miasta, kiedy została odrzucona uchwała o podwyżce opłat za odpady komunalne. Wszyscy radni zdają sobie sprawę z tego, że gospodarka komunalna nie bilansuje się, że wzrosły opłaty środowiskowe za składowanie odpadów i podwyżka opłat będzie musiała nastąpić. Burmistrz przygotował trzy projekty uchwał, choć twierdzi, że złożył nam cztery propozycje, z których wynika, że podwyżki dla mieszkańca byłyby rzędu 100%, a w jednej z metod nawet o więcej. Nam, radnym, być może łatwiej jest spojrzeć na problem, bo my wszyscy mieszkamy w Pionkach. Znamy realia tego miasta, znamy mieszkańców, często z nimi rozmawiamy i z informacji od nich płynących wyciągamy wnioski. Nie wyobrażam sobie, że miałbym zagłosować za tak znaczną podwyżką śmieci, kiedy nie do końca wiemy o ile wzrośnie opłata od 2020 r. Mamy podnosić mieszkańcom cenę na zapas? W tej chwili brakuje w gospodarce odpadami 735 tys. zł. To dużo, ale przeliczając na liczbę lokali mieszkalnych (jak zrobił to radny Piotr Nowak) wychodzi ok. 8,29 zł tzw. opłaty abonamentowej i gospodarka bilansuje się. Do tego oczywiście opłata od osoby zamieszkującej lokal na tym poziomie, który jest obecnie, czyli w blokach za odpady segregowane 10,35 zł od osoby. I załóżmy, że lokal zamieszkują trzy osoby, to ich rachunek wyniósłby 8,29 zł opłata stała plus 31,05 zł za odbiór odpadów, co daje nam miesięcznie kwotę 39,34 zł. Tyle rodzina jest w stanie udźwignąć bez stwierdzenia, że została znacząco obciążona opłatami. Początkowo burmistrz zaproponował metodę tzw. sopocką, czyli cena śmieci uzależniona byłaby od ilości zużytej wody i ta sama rodzina zapłaciłaby minimum 66,50 zł, a to jest spora różnica. Ostatnia propozycja burmistrza to podwyżka opłaty z 10,35 zł od osoby do 16 zł, co w przeliczeniu na naszą przykładową rodzinę daje wynik 48 zł. Zaproponowana metoda przez radnego Piotra Nowaka uszczelnia system, powoduje wzrost wpływów za odbiór odpadów i nie obciąża znacząco kieszeni mieszkańców. Gdyby okazało się, że faktycznie od nowego roku Radkom podniesie nam cenę za składowanie odpadów, to wtedy podniesiemy opłatę od osoby, np. o 2 zł żeby zbilansować gospodarkę odpadami do której wiemy, że miasto nie powinno dokładać z budżetu.

Podczas dyskusji na sesji kierownik wydziału komunalnego Grzegorz Abramowicz stwierdził, że „radni torpedują pomysły burmistrza”, ale nam nie chodzi o odrzucanie propozycji burmistrza, ale o wypracowanie takiej metody, która nie będzie wiązała się z drastycznymi podwyżkami właśnie dla mieszkańców.

Faktycznie niektórzy mieszkańcy uważają, że torpedujecie propozycje burmistrza. Większość radnych głosuje za odrzuceniem projektów uchwał.

Mogę odpowiedzieć tylko za siebie. Odrzucam w głosowaniu tylko to, co według mnie nie służy miastu i mieszkańcom. Kiedy głosowaliśmy o udzielenie kredytu na remont ul. Fabrycznej, byłem za zwiększeniem zadłużenia miasta o kolejne 2 mln zł, bo uznałem, że ul. Fabryczna powinna wreszcie być wyremontowana. W tamtej kadencji złożono skutecznie wniosek o dofinansowanie inwestycji i miasto uzyskało 50% zwrot kosztów zgodnie z przedstawionym kosztorysem w chwili składania wniosku w 2018 r. Już mówiłem na sesji, że każda złotówka pozyskana z zewnątrz jest na wagę złota, bo nie wydajemy własnych pieniędzy. Remont ulicy Fabrycznej pozwoli mieszkańcom naszego miasta bezpiecznie dotrzeć do ośrodka Staw Górny na którego modernizację miasto uzyskało dofinansowanie. Te dwa projekty uzupełniają się, przynoszą wymierną korzyść i nie mógłbym zagłosować inaczej niż tylko poprzeć propozycję burmistrza, choć wolałbym bardziej miasta nie zadłużać, bo wiadomym jest, że w konsekwencji to mieszkańcy spłacają to zadłużenie. Są jednak sytuacje w których należy „zacisnąć zęby”, jak mawiał mój poprzednik i iść do przodu, ale nie wolno przy tym zapominać, że budżet miasta z gumy nie jest i na czymś musimy zaoszczędzić żeby gdzie indziej dołożyć. To dokładnie jak w domu. Każdy wie jakie ma miesięczne wypływy i na ile może sobie pozwolić. Zaciągnąć kredyt zawsze można, tylko trzeba pamiętać, że należy go spłacić.

Oczywiście chciałbym zaznaczyć, że nie jestem zwolennikiem sięgania po pieniądze zewnętrze w każdej sytuacji. Można tak robić, ale trzeba liczyć siły na zamiary. Mamy spore zadłużenie miasta, na dzień dzisiejszy jest to kwota ponad 20 mln zł plus siedmiomilionowy deficyt. O tym nie wolno żadnemu radnemu zapominać. Pozyskując środki zewnętrzne musimy mieć na wkład własny, a miasto nie ma zaskórniaków i za każdym razem musi zwiększać deficyt, który trzeba pokryć kredytem, czyli zwiększeniem zadłużenia. Musimy sięgać po te pieniądze, które pozwolą nam na poprawę infrastruktury miasta w szerokim tego słowa znaczeniu, ale taką, która w perspektywie lat przyniesie nam dochody, a jeśli już nie dochody, to chociaż żeby nie generowała znaczących strat. Najlepszym przykładem jest w naszej sytuacji inwestowanie w obiekty sportowe. To są miejsca bardzo potrzebne i mamy ich już sporo, ale koszty jakie ponosi miasto na ich utrzymanie to 1,8 mln zł przy przychodach mniejszych niż 150 tys. rocznie. Dysproporcja jest ogromna i każdy mieszkaniec musi mieć świadomość tego, że różnicę trzeba pokryć z budżetu miasta. Dlatego też większością głosów podjęliśmy decyzję żeby nie powoływać na razie do życia nowej jednostki budżetowej pod nazwą POSiR, bo naszym zdaniem ten nowy twór generowałby tylko koszty i stworzył idealne miejsce do zatrudnienia kolejnych osób z drużyny Kowalczyka. Dopytywaliśmy o koszty utworzenia i funkcjonowania POSiR, ale ani burmistrz, ani urzędnicy nie byli w stanie odpowiedzieć na to pytanie. Usłyszeliśmy tylko, że wszystko zostanie policzone, kiedy jednostka już powstanie. Odrzuciliśmy projekt uchwały, ale zaznaczyliśmy, że do pomysłu chętnie wrócimy, kiedy zakończy się projekt nad Stawem Górnym.

Jeśli do wszystkiego miasto będzie jedynie dokładało, to niestety ale nie będzie pieniędzy na np. tak potrzebne w każdej części miasta remonty chodników i ulic o które proszą od lat mieszkańcy. Problemów jest bardzo dużo i nie da się ich rozwiązać w ciągu roku, czy nawet w ciągu jednej kadencji. Lata zaniedbań na wielu płaszczyznach kumulują się, a budżet naszego miasta jest niewielki i musimy zacząć myśleć perspektywistycznie, bo nie możemy dopuścić do sytuacji w której zabraknie w nim pieniędzy na podstawowe rzeczy. Wszędzie trzeba szukać oszczędności aby zmniejszać koszty. Na razie obserwuję taką tendencję od lat, że jak brakuje, to trzeba mieszkańcom podnieść opłaty, przy czym żaden z gospodarzy miasta nie myśli o zmniejszeniu wydatków. To nie jest dobra droga.

Skoro już wspomina Pan o drodze, to również w tej kwestii zabrał głos Robert Kowalczyk mówiąc, że „współpraca władzy wykonawczej z władzą uchwałodawczą nie idzie, że tak powiem prostą drogą. Niestety ta współpraca jest dość kręta i zawiła”.

Nikt nie mówił, że będzie lekko. Jest 15 radnych i każdy ma swój pogląd na miasto. Po to się spotykamy, aby to wszystko przedyskutować, wymienić się argumentami, pomysłami i wypracować wspólne stanowisko, które nie przyniesie szkody mieszkańcom. Wydaje mi się, że pan burmistrz jakby nie chciał tego zrozumieć, że radni muszą działać zgodnie z tym co ślubowali przy zaprzysiężeniu, czyli wypełnić treść Art. 23a Ustawy o samorządzie gminnym - wierny Konstytucji i prawu Rzeczypospolitej Polskiej, ślubuję uroczyście obowiązki radnego sprawować godnie, rzetelnie i uczciwie, mając na względzie dobro mojej gminy i jej mieszkańców. Czy udaje nam się robić? Staramy się i mieszkańcy przy kolejnych wyborach wystawią nam ocenę.

Współpraca pomiędzy radą a burmistrzem być może sprawia wrażenie krętej i zawiłej, ale taka musi być, bo każdy z nas ma swoje pomysły, które chce przedstawić innym. Mamy też odmienne zdania w wielu kwestiach i chodzi o to żeby wszystko przedyskutować, poprzeć argumentami, liczbami, przedstawić konkrety. Na pewno burmistrzowi byłoby łatwiej gdybyśmy wszystko przyjmowali bez dyskusji, ale jak każdy włodarz, tak samo Robert Kowalczyk musi liczyć się z tym, że dyskusja jest nieunikniona, jest wręcz naturalnym postępowaniem, bo ludzie ze sobą rozmawiają, przekonują się, a nie tylko przytakują. Wiem, i trochę rozumiem, że najlepszą sytuacją byłoby zgłoszenie przez burmistrza propozycji i 15 głosów za. Tak było w poprzedniej kadencji i mieszkańcy przykleili radnym łatkę semaforów, a jak to się skończyło wszyscy doskonale wiemy. Radni poprzedniej kadencji startowali w jesiennych wyborach samorządowych i ponownie mandat uzyskało tylko 6 radnych. Właściwie tzw. semafory nie uzyskały kolejnego mandatu zaufania od wyborców, a to chyba świadczy o tym, że większość mieszkańców naszego miasta nie godzi się na bierne potakiwanie, tylko na wypracowanie jak najlepszych rozwiązań.

Każdy z nas ma jakieś pomysły, każdy chce je zrealizować, podobnie burmistrz, ale nie wszystkie pomysły są do zaakceptowania i nie na wszystkie stać miasto. Przecież my już na początku lutego podjęliśmy decyzję, że wszystkie dobre i właściwe pomysły burmistrza będziemy wspierać, natomiast te, które są niegospodarne lub szkodzące mieszkańcom – zostaną odrzucone. Tak też robimy. Dziwię się, że burmistrz nie dostrzega tej subtelnej różnicy.

Takim pomysłem nierealnym w tej chwili jest budowa bloku socjalnego zaproponowana przez Roberta Kowalczyka. Mówił, że miasto Kozienice korzysta z programu Banku Gospodarstwa Krajowego, a pionkowscy radni odrzucili ten pomysł, bo podobno uznali, że taka budowa nie jest szansą dla Pionek. Burmistrz przedstawiał nam wizję budowy bloku komunalnego, a nie socjalnego jak mówił w radio. Zgadzam się z tym, że jest to szansa dla mieszkańców, ale trzeba wziąć pod uwagę, że zadłużenia czynszowe wraz z odsetkami z trzech bloków socjalnych sięgają dziś kwoty ok. 15 mln zł. Trzeba wypracować metodę odzyskania tych zaległości, bo najwyższy czas żeby wreszcie ludzie uczciwie płacący przestali utrzymywać niepłacących. Poprzedni burmistrz stworzył specjalną komisję, która miała zająć się odzyskiwaniem pieniędzy, powstał program odpracowywania zaległości czynszowych. Kiedy dopytywałem na jednej z komisji o efekty ściągalności, nie uzyskałem odpowiedzi. Burmistrz powołał na stanowisko kierownika wydziału komunalnego Grzegorza Abramowicza, który pełnił obowiązki dyrektora MZUK za czasów burmistrza Janeczka. Pan kierownik ma więc doświadczenie, zna realia bloków socjalnych i myślę, że na tej płaszczyźnie pomoże burmistrzowi odnieść spektakularny sukces. Powrócimy wtedy do budowy bloku, ale może nie finansowanego z kolejnego kredytu, bo to ogromne obciążenie finansowe dla miasta. Poza tym mamy tylko jedną działkę na której taki blok mógłby powstać – w parku przy ul. Zakładowej, gdzie kiedyś, dawno temu było jeziorko o którym mówił Piotr Nowak i Zbigniew Belowski.

Robert Kowalczyk mówi, że zarówno on, jak i wiceburmistrz chcą dobrej współpracy z radą. Skoro chcą, to wychodzi na to, że radni nie chcą.

Przecież my również tego chcemy i wciąż czekamy na nawiązanie tej współpracy. Zapraszamy burmistrza na posiedzenia komisji żeby wziął z nami udział w dyskusji. Już było tak, że burmistrz na te posiedzenia nie przychodził, nie wyznaczał także pracowników merytorycznych i radni mogli dyskutować tylko we własnym gronie. Nie miał kto odpowiedzieć nam na wiele pytań, posługiwaliśmy się domysłami, korzystaliśmy z przekazów medialnych. Chyba nie tak powinna wyglądać współpraca? Na szczęście burmistrz zmienił podejście i w tej chwili mogę powiedzieć z całą odpowiedzialnością, że nasze spotkania kolegialne, czyli posiedzenia poszczególnych komisji wreszcie wyglądają tak jak powinny, bo wśród radnych udział w dyskusji biorą również przedstawiciele urzędu czy np. spółek miejskich. Podczas takich rozmów możemy zadać wiele pytań, uzyskać mniej lub bardziej sprecyzowane odpowiedzi. Mamy później podstawy do wyciągnięcia wniosków, przemyślenia i podjęcia decyzji na sesjach poprzez procedowanie nad projektami uchwał. Czasem jest tak, że urzędnicy lub burmistrz nie używają argumentów, które miałyby radnych przekonać i wtedy owszem, zdarza się, że odrzucamy jakiś projekt do którego mamy wątpliwości. Ale to nigdy nie jest tak, że odrzucamy go całkowicie. To jest sygnał dla burmistrza i urzędników, że trzeba sprawę jeszcze raz przedyskutować. Ale wydaje mi się, że burmistrz Kowalczyk odbiera to jako atak personalny na swoją osobę. Tak, byłoby dla burmistrza idealnie gdybyśmy głosowali 15:0, ale tak w żadnej radzie nie było i nigdy nie będzie, bo radnym nie da się narzucić czyjejś woli. Radni mają głosować zgodnie z tym jak uważają.

I to jest dobry moment żeby zapytać czy przewodniczący stosuje tzw. dyscyplinę i narzuca radnym swój tok myślenia? I co najważniejsze, wymusza na nich wyniki głosowania?

To byłaby idealna sytuacja o której marzy również pan burmistrz, żeby radni głosowali jak chce. Również tak bym chciał, ale jest to niemożliwe. W radzie miasta zasiada 15 osób i każda z nich ma swój punkt widzenia. Mamy radnych z podzielonego już komitetu Roberta Kowalczyka, są radni z PiS oraz niezależni. 15 osób nie może myśleć jednakowo i dlatego czasem są bardzo żywiołowe dyskusje, ale to raczej właściwy objaw. Jeżeli chodzi o dyscyplinę, to jej po prostu nie ma. Każdy głosuje jak uważa, co nie oznacza, że nie wymieniamy się poglądami czy doświadczeniem. Najlepiej widać to po wynikach głosowania. Nie wszyscy radni głosują zgodnie, nawet ci z Porozumienia mają odmienne zdanie od mojego i ja to szanuję, choć nie zawsze się z ich decyzjami zgadzam.

Ostatnia sytuacja z sesji przedstawiona jako sensacja, czyli fragment nagrania z transmitowanej sesji Rady Miasta, kiedy podczas przerwy powiedział Pan „dostanie w zęby i wyleci przez okno”, a później dodał „żartowałem”.

Na sali podczas przerwy były bodajże trzy osoby i luźno rozmawialiśmy. Rzuciłem te słowa, może faktycznie niepotrzebnie, ale w formie takiego żartu, a przedstawione to zostało jako groźba pod czyimś adresem. Nie taki był mój zamiar, ale to chyba wszyscy zrozumieli odsłuchując nagrania. Trudno, media przedstawiły to w taki, a nie inny sposób, a burmistrz powielał to w wywiadach. Stwierdził też, że namawiam radnych do chodzenia na zwolnienia lekarskie i nie przychodzenie na sesję. Burmistrz chyba nie rozumie powagi słów jakich użył, bo tym samym stwierdził, że lekarze wystawiający owe zwolnienia działają niezgodnie z prawem. Z tego co mi wiadomo jeden z nieobecnych radnych przebywa w sanatorium, jeden jest po poważnej operacji kolana, a dwoje innych zachorowało. Nie dziwi mnie ich choroba, bo upały nam dokuczają, schładzamy się klimatyzacją i efekty bywają różne. Radny też ma prawo chorować, a mówienie, że to niby ja ich namówiłem żeby „poszli na zwolnienia” jest nieprawdą celowo wypowiedzianą przez burmistrza żeby pokazać jaką to przewodniczący ma władzę nad wszystkimi radnymi, nawet nad tymi, którzy burmistrza w głosowaniach wspierają. Chciałbym żeby 14 radnych tak bezwzględnie mnie słuchało – to mówię oczywiście również w formie żartu żeby nie było niedomówień.

Ale skoro już mowa o tych zwolnieniach, o tym co powiedziałem w przerwie sesji, to trochę dziwię się, że burmistrz nie skomentował swoich słów o presji i słów wiceburmistrz Kaczorowskiej o świńskiej grypie. Nie wydaje mi się stosownym aby osoby piastujące dwa najważniejsze stanowiska w mieście wyrażały się w ten sposób o nieobecności radnych. Pani Kaczorowska chyba nie wie jaką chorobą jest świńska grypa i że dotyka głównie… świnie. U ludzi jej nazwa brzmi – grypa A/H1N1. Ale skoro dla pani wiceburmistrz radni zachorowali na świńską grypę, to nie chcę dalej tego komentować, bo nasuwają mi się skojarzenia, które mogłyby urazić nieobecnych na sesji radnych. Uważam, że mój żart o biciu w zęby i nazwanie choroby radnych świńską grypą przez panią wiceburmistrz, to podobne przypadki – zwykłe żarty, ot tak rzucone w przestrzeń poza obradami. Przecież nikt nie będzie udawał, że w luźnych rozmowach nie używa wulgaryzmów, nie żartuje czasem w niewybredny sposób, bo czy to radni, czy urzędnicy jesteśmy zwykłymi ludźmi. Kiedy wypowiadamy się publicznie, do większego gremium, to naturalnym jest, że nie pozwolimy sobie na takie wyskoki.

Jeżeli kogokolwiek uraziłem swoim żartem i słowami których użyłem, to przepraszam. Jestem tylko człowiekiem i popełniam błędy.

Jak Pan odniesie się do słów burmistrza z wywiadu radiowego? Chodzi mi dokładnie o to stwierdzenie: „Tak naprawdę nie byłoby Wojciecha Maślanka, gdyby nie wspierała go określona grupa radnych: pan radny Nowak, pan radny Wąsik, pani radna Grzywacz, tak? To są osoby, które wspierają pana Maślanka w jego działalności. Uważam i powiem to z całą odpowiedzialnością – wysoce patologiczną (…). Myślę, że pan przewodniczący nie nadaje się na przewodniczącego, bo dzieli zamiast łączyć”. Pamiętam, że kilka miesięcy temu burmistrz mówił, że jest Pan najlepszym kandydatem, którego zadaniem jest połączyć radnych.

Tak, pan burmistrz chciał żebym radnych połączył, bo od początku wiadomym było, że idealnej zgody nie będzie, co jest rzeczą naturalną. I ja tych radnych połączyłem, ale sytuacja jaka zadziała się na linii burmistrz-rada nie pozwoliła nam biernie patrzeć na to co się dzieje. Jak już mówiłem, radni przede wszystkim muszą myśleć o mieszkańcach, mieście, a dopiero później patrzeć na humory burmistrza, a nawet powiedziałbym więcej – nie zwracać uwagi na humory burmistrza, bo my nie startowaliśmy w wyborach żeby przypodobać się burmistrzowi, tylko żeby działać na rzecz mieszkańców. I rozumiem przez to niekrzywdzenie ludzi, którzy to miasto tworzą. Dlatego niektóre pomysły Roberta Kowalczyka odrzucam, a pozostali radni, którzy myślą podobnie, również podejmują taką samą decyzję lub wstrzymują się od głosu. Nie odrzucamy pomysłów dobrych, właściwych, przynoszących korzyści czy rzeczy, które są naturalną konsekwencją nowelizowanych ustaw czy innych wytycznych obowiązującego prawa. Jeśli pomysł burmistrza nie do końca nam odpowiada, to staramy się z nim na ten temat porozmawiać, ale najczęściej Robert Kowalczyk każdą wymianę zdań czy trudne pytania odbiera jako atak na jego osobę. Trudno jest z takim nastawieniem prowadzić dyskusję.

Nie byłoby Wojciecha Maślanka gdyby nie… rodzice. Jestem przewodniczącym Rady Miasta, bo tak zadecydowali radni większością głosów. Mój kontrkandydat jest teraz wiceprzewodniczącym i wydaje mi się, że dobrze współpracujemy, choć nie zawsze nasze poglądy są zbieżne. Jednak na tak małym poletku samorządowym, jak nasze miasto, nie kierujemy się poglądami politycznymi, tylko pracą dla wspólnego dobra mieszkańców. To było, jest i będzie naszym celem, celem wszystkich radnych bez wyjątku.

Cieszę się bardzo, że wymienieni przez burmistrza radni mnie wspierają, bo nie ukrywam wcale, że korzystam z ich wiedzy, doświadczenia i słucham ich argumentów. Panowie Nowak i Wąsik, to prezesi naszych spółdzielni mieszkaniowych i lata pracy zaowocowały naprawdę dużym doświadczeniem. Chętnie dzielą się swoimi przemyśleniami, zadają bardzo konkretne pytania i oczekują równie konkretnych odpowiedzi od urzędników. Radna Wioletta Grzywacz to przedsiębiorca z branży budowlanej i dzięki jej wiedzy łatwiej nam zrozumieć kwestie związane z inwestycjami czy realizacją projektów. Każdy radny ma inne wykształcenie, inne doświadczenie zawodowe i wszyscy razem powinniśmy się wpierać i doradzać burmistrzowi. Ale wydaje mi się, że pan burmistrz nie chce naszych rad, chce tylko naszych głosów wspierających jego działania. Lepsze, gorsze, droższe, mniej rozsądne lub bardziej, my mamy wszystko głosować na tak. A jeśli tego nie robimy, to pan burmistrz szybko relacjonuje nasze zachowanie na łamach mediów z którymi współpracuje, czyli podpisał z nimi umowy na tzw. promocję. Jeśli miałbym taką umowę podpisaną z burmistrzem jako redaktor, to też bym pisał tylko o tym co dobre, a etyka dziennikarska wymaga żeby pisać o wszystkim i najlepiej jak najbardziej obiektywnie z poszanowaniem zasad współżycia społecznego.

Rozumiem, że użycie słów „działalność patologiczna” było w odniesieniu do tego jak sprawuję mandat. Patologicznie, czyli niezdrowo, nieprawidłowo, niewłaściwie. Sprawuję swój mandat tak jak poprzednio. Mieszkańcy zdecydowali o przedłużeniu mojego mandatu, czyli raczej patologicznych działań nie wykonywałem i nie wykonuję. Już mówiłem, że działam dla dobra mieszkańców, a nie dla dobra burmistrza. Dziś burmistrzem jest Robert Kowalczyk, kolejne wybory może wygrać ktoś inny, ale wyborcy zawsze pozostaną ci sami. Patologicznie zachowywałbym się wtedy, kiedy bez żadnego zastanowienia głosowałbym jak semafor.

Szedłem do wyborów z kandydatem Kowalczykiem i programem wyborczym gwarantującym rozwój miasta i lepsze jutro dla mieszkańców. Człowiekiem na którego sukces pracowałem ponad dwa i pół roku. A co się stało? Dzisiaj już zupełnie nie poznaję burmistrza Kowalczyka, to inny człowiek. Burmistrz nie realizuje swojego programu wyborczego, zatrudnia na najwyższe stanowiska swoich z drużyny – ludzi bez kompetencji i doświadczenia, nie wsłuchuje się w głos mieszkańców...

Proponuję burmistrzowi skupić się na zarządzaniu miastem, bo za to otrzymuje na razie maksymalne wynagrodzenie, a nie zaprzątać sobie głowy Radą Miasta czy próbować ingerować w ciało uchwałodawcze. Ocenę czy Maślanek nadaje się na stanowisko przewodniczącego Rady Miasta Pionki niech pozostawi radnym.

Mówi Pan o ludziach bez kompetencji i doświadczenia z drużyny Kowalczyka, czyli konkretnie chodzi Panu o…?

Burmistrz Kowalczyk od początku sprawowania funkcji pełni rolę „kadrowego”. Mówił, że ludzie, którzy startowali w wyborach, ale nie uzyskali poparcia mieszkańców mają pomysł na miasto i dlatego zatrudnia ich w szeregach urzędników czy choćby w spółkach miejskich. Tych osób już jest sporo. Mamy wiceburmistrz z drużyny Kowalczyka i porównuję ją trochę do poprzednich wiceburmistrzów miasta. Nie jest to pozytywna ocena. Dalej mamy pana, który nie został radnym, ale jest członkiem zarządu PWKC. Jego pracy nie umiem na razie ocenić, bo wciąż czekamy na zorganizowanie spotkania z przedstawicielami PWKC o które wnioskowałem do burmistrza. To będzie podobne spotkanie jak z przedstawicielami ekoPionki. I tu właśnie kolejna spółka miejska, której prezesuje osoba z drużyny. Na spotkaniu z prezes dowiedzieliśmy się, że spółka w zeszłym roku miała ogromną stratę – ponad 900 tys. zł. Teraz też straty generuje, potrzebuje kredytu obrotowego w rachunku żeby móc płacić pensje i regulować bieżące zobowiązania, tak stwierdziła księgowa spółki. Burmistrz w kampanii mówił żeby spółki połączyć dla oszczędności, a teraz apeluje żeby dać szansę ludziom. Pracownicy fizyczni mogą być pewni, że pracy nie stracą nawet jeśli przejmie ich PWKC. Obawiać mogą się tylko niektórzy umysłowi z prezes na czele. I wydaje mi się, że burmistrz walczy właśnie o zachowanie prezes na stanowisku. Czy słusznie? Pani prezes, kiedy powołana została na stanowisko o swoim doświadczeniu i wykształceniu powiedziała tylko tyle: „ukończyłam filologię polską na Uniwersytecie Marii Curie Skłodowskiej w Lublinie, zawodowo związana z pionkowskimi firmami prywatnymi, działałam społecznie ze stowarzyszeniami, towarzystwami na rzecz mieszkańców i miasta”. Nie wydaje mi się żeby na kierunku filologia polska zdobyła wiedzę na temat ekonomii, spółek prawa handlowego czy finansów, ale może jestem w błędzie? Jedno wiem na pewno, przedstawione sprawozdanie finansowe za zeszły rok oraz 4 miesiące bieżącego roku nie napawają optymizmem. Trzeba jak najszybciej podjąć działania restrukturyzacji albo znacząco obniżyć koszty działalności tej spółki. Tak dla ciekawostki powiem, że przychód spółki za zeszły rok to 3,2 mln zł, a same wynagrodzenia to 2,2 mln zł. Burmistrz mówi, że „zrobi wszystko żeby ludzie dostali, pracujący tam ciężko, dostali wszystko co im się należy”. Są osoby ciężko pracujące w ekoPionki, ale są to pracownicy najniżej uposażeni. Ich pensja to najniższa krajowa z wliczoną wysługą lat. To jest to, co najlepsze? Że pracownik odchodzący za chwilę na emeryturę zarabia 1630 zł netto? Każdy może sobie łatwo przeliczyć ile tacy fizyczni pracownicy kosztują spółkę, a ile pozostaje pieniędzy na wypłaty dla pracowników umysłowych. Owszem, ich praca jest ważna, ale to fizyczni pracownicy wypracowują przychody spółki. Najlepszym rozwiązaniem byłoby połączenie spółek. Najlepszym dla pracowników fizycznych, którzy nadal wykonywaliby swoją pracę.

Robert Kowalczyk broni spółki twierdząc, że dopiero wchodzi na ten rynek. Jako spółka na pewno, ale wszyscy mieszkańcy wiedzą, że jest to przekształcony zakład budżetowy, który wywoził śmieci, administrował bloki, zamiatał, odśnieżał, kosił. W tej materii nic się nie zmieniło, więc o jakim podbijaniu rynku mówi burmistrz? Spółka przejęła wszystkie zadania po dawnym MZUK i z tego tytułu ma przychody. Różnica jest taka, że nie otrzymuje teraz pieniędzy od miasta na pokrycie kosztów, ale za wykonaną pracę otrzymuje zapłatę. Ile zrobi, tyle zarobi i prezes musi tak te pieniądze rozdzielić żeby starczyło na wszystko. A pani prezes przyszła na posiedzenie rady z awanturą, że radni nie chcą dać pieniędzy na pensje pracowników spółki. To nie radni przyznają pieniądze na wynagrodzenia w spółce, od tego jest zarząd. Ale to tylko tak a propos tego doświadczenia zawodowego o którym wspominała prezes w dniu powołania.

Wydaje mi się, że burmistrz i prezes ekoPionki oczekują od radnych, aby w sposób niepohamowany przeznaczali pieniądze w budżecie miasta na zapłatę dla spółki za różne zadania, aby mogła wypracować jak największe przychody. Daliśmy na remonty dróg i chodników. Spółka rozpoczęła remont chodnika jednej strony ul. Kozienickiej na wysokości domów jednorodzinnych na początku maja, a mamy już połowę czerwca i chodnik nadal w budowie. W takim tempie prac nie jest w stanie zarobić na remontach. Pozostaje więc zamiatanie, które jeszcze nie wszędzie zostało wykonane, koszenie – i tu też jest sporo do zrobienia, ale pani prezes mówi, że potrzebuje jeszcze miesiąca lub dwóch żeby nauczyć się miasta, odbiór odpadów z wiat śmietnikowych i administracja bloków wspólnot, które niestety zaczynają odchodzić od ekoPionki. Jest więc źle, a radni zostali ocenieni jako ci, którzy nie chcą spółki ratować. Ale jakimi pieniędzmi my mamy ratować? Pieniędzmi mieszkańców. Może burmistrz zapyta mieszkańców miasta czy wyrażają na to zgodę, bo z moich informacji wynika, że mieszkańców nie obchodzi która spółka wykona te zadania, byle było zrobione. Naprawdę nie rozumiem uporu burmistrza w tej kwestii, bo sam mówił o konieczności połączenia spółek, a teraz nie chce tego robić.

Mamy też dyrektora Miejskiego Ośrodka Kultury, który oprócz tego, że był pracownikiem Zakładu Karnego, to wiemy o nim jeszcze tylko tyle, że w dzieciństwie uczęszczał na zajęcia do MOK i to całe jego kwalifikacje w tej materii. W porównaniu do zwolnionej z pracy poprzedniej dyrektor, blado wypada na jej tle.

Kolejną osobą jest pracownica biura Rady Miasta. Nowa osoba, również startująca z komitetu Kowalczyka do rady. Nie otrzymała mandatu zaufania, więc dostała posadę w urzędzie. Nie oceniam pracy tej pani, bo raptem zatrudniona została 2 tygodnie temu, ale widzę co się dzieje. Atmosfera w biurze rady zrobiła się nieprzychylna, radni nie mogą już swobodnie ze sobą rozmawiać, a sama pracownica jeszcze miesiąc temu komentowała na portalach społecznościowych w bardzo niewybredny sposób pracę radnych oraz ich wypowiedzi na sesjach.

Mieszkańcy o nowym pracowniku biura rady mówią, że to „gumowe ucho burmistrza”. Nie potwierdzam tego określenia, ale widzę, że radni już do naszego biura nie zachodzą. Odbierają materiały na sesję i po kilku minutach opuszczają pomieszczenie. Tym samym burmistrz zabrał radnym miejsce, które ma służyć do rozmów, do przyjmowania interesantów, którzy przychodzą z różnymi problemami. Chyba nie o to powinno chodzić w tej współpracy o której mówił burmistrz. Każdy z kimś się spotyka żeby porozmawiać – ja z radnymi i mieszkańcami w biurze, a pan burmistrz w swoim gabinecie. Mnie niestety swoboda prowadzenia rozmów została odebrana, ale może to był celowy zabieg burmistrza?

Wybór osób zatrudnionych przez Roberta Kowalczyka jest dla mnie zrozumiały, bo każdy burmistrz woli zatrudnić swoich ludzi, ale nie każdy tak robi. Są włodarze którzy stawiają właśnie na kompetencje, doświadczenie zawodowe, predyspozycje. Wyboru na stanowiska urzędnicze dokonują w oparciu o jakieś zasady, a nie wyłącznie licząc na lojalność w zamian za posadę. Poznałem te osoby, bo tworzyliśmy wspólnie komitet wyborczy, wiem jak do niego trafiły, kto z nich czym się wyróżniał i co wniósł do wspólnej pracy w trakcie kampanii wyborczej. Sam burmistrz mówił, że każdemu da szansę, i to trzeba pochwalić, ale powiedział również, że jeżeli ktoś z jego drużyny nie sprawdzi się na swoim stanowisku, to będzie musiał odejść. Widocznie pan Kowalczyk nadal daje szansę…, a mieszkańcy płacą za uczenie się, poszukiwanie i odnajdowanie się osób z drużyny w nowej pracy.

Robert Kowalczyk wspomniał, że rzekomo radni szykują referendum w sprawie odwołania burmistrza. Czy to prawda?

Nic mi o tym nie wiadomo. Jedyne referendum, które mogliby zorganizować radni, wynika bezpośrednio z przepisów znowelizowanej ustawy o samorządzie. Radni, jeśli nie udzielą burmistrzowi wotum zaufania i absolutorium w dwóch kolejnych latach, mogą złożyć projekt uchwały o przeprowadzenie referendum. W mieście Pionki nie odbyła się jeszcze sesja absolutoryjna, więc nikt nie zna wyników głosowań. Najpóźniej do 30 czerwca dowiemy się wszyscy czy radni udzielili Robertowi Kowalczykowi wotum zaufania i absolutorium z wykonania budżetu.

Słyszałem, że mieszkańcy mówią, że ma być jakieś referendum, ale dotarło to do mnie tylko w formie plotki, więc nawet nie biorę tego pod uwagę. Nie zarejestrował się żaden komitet referendalny, a poza tym prawnie nie można przeprowadzić takiego referendum, bo Robert Kowalczyk jest burmistrzem dopiero 7 miesięcy, a ustawa mówi, że nie wcześniej niż po upływie 9 miesięcy od dnia wyboru i nie później niż 9 miesięcy przed zakończeniem kadencji. Burmistrz na razie może więc spać spokojnie, ale nikt nie da mu gwarancji. Sam zresztą powiedział, że Pionki mają swój koloryt i charakter. Mieszkańcy rzeczywiście mają charaktery i nie lubią być oszukiwani. Nie lubią niejasnych sytuacji i wolą, kiedy wszystko jest wyjaśnione, przedstawione, transparentne i precyzyjnie wyliczone. Mieszkańcy chętnie też rozmawiają o wszystkim co dotyczy miasta, mają ciekawe pomysły i gotowe rozwiązania z których warto korzystać. Burmistrz obiecał wsłuchiwać się w głosy mieszkańców, obiecywał rozmowy z mieszkańcami, ale do tej pory nie odbyło się żadne otwarte spotkanie. Radni nawet proponowali burmistrzowi organizację takich spotkać w okręgach wyborczych, ale niestety nadal nic takiego nie miało miejsca. Jedyny kontakt z burmistrzem, to rozmowa w gabinecie lub wysłuchanie wywiadu w którym burmistrz prezentuje swoje stanowisko stawiających radnych w nie najlepszym świetle. Kto uważnie śledzi scenę polityczną ten doskonale wie, że jest druga strona medalu. Ci co wierzą w słowa tylko jednej strony mają spaczony obraz sytuacji.

Panie przewodniczący, mieszkańcy mają tylko dostęp do transmisji z posiedzeń sesyjnych, a tam burmistrz mówi wyłącznie o tym, że wszystko zostało już wcześniej omówione. Nie każdy ma dostęp do internetu żeby śledzić lokalne media i wiedzieć co było tematem posiedzenia komisji. Czy uważa Pan, że takie ograniczanie wypowiedzi przez burmistrza jest słuszne?

Pan Kowalczyk już na samym początku zapowiedział, że sesje w tej kadencji będą krótkie, bo nie przewiduje dyskusji. Od tego są komisje, ale prawda jest taka, że my na komisjach sugerujemy burmistrzowi inne rozwiązania, a on na sesji i tak uparcie prezentuje swoje pomysły w formie projektów uchwał. Czasem odnoszę wrażenie, że my na tych komisjach spotykamy się żeby tylko porozmawiać o problemie, a burmistrz i tak nie bierze naszego zdania pod uwagę. Później po głosowaniu dziwi się, że radni odrzucili jego pomysł. Przecież już na komisji mówimy, że on nam się nie podoba, zróbmy to inaczej itp. Burmistrz jakby uważał, że tylko jego pomysły są godne uwagi, a radni na niczym się nie znają, nie powinni mieć własnego zdania, tylko mają głosować, najlepiej zawsze na „tak”.

I faktycznie, oglądając transmisję z sesji można odnieść wrażenie, że radni niepotrzebnie czepiają się projektów, bo skoro wszystko zostało omówione, to o co im teraz właściwie chodzi?

Jak ocenia Pan pierwsze pół roku burmistrza Kowalczyka?

Będę dopiero oceniał podczas sesji absolutoryjnej, dyskusji o stanie miasta i przy wotum zaufania. Dziś mogę powiedzieć tylko, że w dniu zaprzysiężenia burmistrz wypowiedział słowa „Przed nami proszę państwa ciężka praca, a powiem inaczej – myślę, że ciężka służba, bo ja osobiście pracę dla mieszkańców traktuję jak służbę. I już dziś mogę państwu obiecać, że to będzie ciężka służba. Nie wiem jak to sobie wyobrażali państwo radni czy mieszkańcy, ale myślę, że przed nami wiele zadań i wiele problemów do rozwiązania tak, abyście wy, państwo byli w końcu dumni z tego miasta i zadowoleni z władz, które żeście wybrali. Ja już dziś chcę państwu powiedzieć, że z dniem dzisiejszym rozpoczynam kampanię wyborczą 2023 r.” i te słowa mogę w tej chwili ocenić – tak, praca dla mieszkańców to służba, to ciężka praca. Mieszkańcy również tę pracę oceniają i obserwują zmiany w mieście. Powiem to w sposób żartobliwy – burmistrzu, do pracy… bo na razie, to chyba raczej bezrobocie trwa. I skoro Robert Kowalczyk uważa, że Maślanek nie nadaje się na przewodniczącego Rady Miasta, to Wojciech Maślanek mówi – i vice versa, a kampanię wyborczą źle Pan rozpoczął, ale jest jeszcze czas na krok w tył. Na razie obserwuję brak wizji i pomysłu na miasto, jakby mandat burmistrza przerósł jego umiejętności. Mimo uszczypliwości i ignorancji ze strony Roberta Kowalczyka, jestem gotowy na podjęcie współpracy, rozmowy i wspólne rozwiązywanie problemów miasta.

Dziękuję za rozmowę.

Przeczytaj również

Komentarze